|
|
|
  "Mąż znów jest o mnie zazdrosny" - Pani domu; nr27; 03.07.2000.
Zaczęłam tyć po urodzeniu córki, 14 lat temu. Małgosia była niejadkiem, więc
dojadałam to, co zostawiła. Żeby się nie marnowało - mówi pani Anna. - Tak to
sobie tłumaczyłam, ale tak naprawdę po prostu lubiłam jeść. Dobrze i tłusto.
Boczek pieczony, żeberka. Po obiedzie odpoczywałam na kanapie i podjadałam.
Paluszki, cukierki. Kilogramów przybywało, a ja nawet nie myślałam o odchudzaniu.
Bo i po co? Tak łatwo było się usprawiedliwić. "Mąż kocha mnie taką, jaką jestem" -
mówiłam sobie. "Dzieciom moja tusza nie przeszkadza, w pracy nikt się ze mnie
nie śmieje. A że czasem jakieś maluchy wołały za mną "grubas"? Kto by się tym
przejmował! Przyjaciele zawsze mi mówili, że puszyści są sympatyczniejsi od
chudzielców, bardziej pogodni, milsi. Tacy jak ja.
W normalnych sklepach nie było dla mnie ubrań.
Szukałam ich w sklepach dla puszystych. Wisiały tam tylko jakieś okropne,
workowate sukienki - mówi pani Anna. - Ale nawet to nie było w stanie zmusić
mnie do odchudzania.
Owszem, czasem czułam się źle. Brakowało mi tchu,
skakało ciśnienie, trudno mi było podbiec. "To minie" - mówiłam sobie. I mijało.
A ja objadałam się dalej.
Wszystko skończyło się wiosną ubiegłego roku. - Pamiętam,
próbowałam kupić sobie buty na lato. Chciałam się schylić, żeby zapiąć pasek i...
nie mogłam. Przestraszyłam się. "Oj, coś chyba ze mną nie tak" - pomyślałam.
Wróciłam do domu i stanęłam na wadze. Wskazówka zatrzymała się na 106 kilogramach.
To był szok. "Jestem potworem. Muszę coś z tym zrobić" - postanowiłam.
Najgorsze były pierwsze 3 tygodnie diety.
Dowiedziała się, że we Włocławku odbędzie się prezentacja specjalnej
diety. - Na spotkaniu poznałam ludzi, którzy schudli 60-70 kilo. "Jeśli oni
mogli, mnie też się uda" - pomyślałam.
Nie było łatwo. Czasem aż skręcało ją z głodu. Przez cały dzień
mogła zjeść tylko 3 porcje rozpuszczanego w wodzie proszku. To były jej śniadanie, obiad i kolacja.
Po 3 tygodniach stanęła na wadze. Schudła 10 kilo. - Dopiero wtedy naprawdę uwierzyłam,
że wygram ze swoją tuszą - mówi. - Dziś, po 8 miesiącach, ważę 70 kilo. Zamierzam zgubić jeszcze 10.
Gdy teraz patrzę w lustro, wiem, że było warto.
Pani Anna wie, że na zawsze musi zrezygnować z potraw, które tak lubiła.
Ale nie będzie z tym kłopotów. Już dziś od boczku woli warzywa i owoce. W ogóle nie je
ziemniaków, makaronu, pieczywa. - Warto było się męczyć - mówi. - Skończyły się skoki ciśnienia, nie wiem,
co to zadyszka. Dawniej, gdy zepsuła się winda, wejście na szóste piętro zajmowało mi mnóstwo czasu.
Co chwila musiałam się zatrzymać, żeby odpocząć. Dziś wcale nie korzystam z windy. Wreszcie
mogę kupować ubrania w sklepach dla "normalnych".
Zmieniło się całe moje życie. Czuję się młodsza, bardziej atrakcyjniejsza.
I mąż zrobił się ostatnio zazdrosny...
|